wtorek, 8 września 2020

                                            #bieżące

    Za każdym razem, kiedy wydaje mi się, że oto nadszedł moment, w którym moja nieskończoną ilość razy burzona konstrukcja zostaje - tym razem nieodwracalnie - odbudowana, zostaję brutalnie zgwałcona, a następnie skatowana żelaznym prętem przez przybierający dowolną postać impuls. Owy impuls, w zależności od aktualnej formy, oddziaływuje najpierw na jeden, potem - rozchodząc się po znienawidzonym ciele - na każdy zmysł, bijąc przy tym coraz mocniej, by na końcu doprowadzić mnie do całkowitego paraliżu na każdym poziomie. Impuls odbiera mi godność, czyni szmatą, nie wartą nawet splunięcia. Impuls prowadzi skalpel po moich udach, następnie kieruje strużkami krwi, pozostawiając mi jedynie przestrzeń na dobór odpowiedniego opatrunku.

    To impuls zawinął mnie wczoraj w koc, pozbawił czucia w ciele i usadowił na skraju kanapy, każąc patrzeć się w jeden punkt, śliniąc się i płacząc przy tym bezwiednie. Impuls kazał mi oglądać wspomnienia z czasów gimnazjum, blokując moją głowę tak, bym nie mogła jej odwrócić. Wspomnienia zawładnęły moim ciałem i duszą, wchodząc poprzez oczy do każdej, najdrobniejszej komórki. Potrafię przemieszczać się w czasie i przestrzeni, potrafię znowu mieć 16 lat i palić kilka papierosów pod rząd na siłę, zajadać swą chroniczną pustkę zapiekankami ze sklepiku szkolnego i dopasowywać swe zachowania do wykreowanej przez siebie postaci, maskującej przechodzący wszelkie granice ból. Znowu mam na twarzy kilkucentymetrową warstwę paskudnego makijażu, na głowie - popalone, pofarbowane na czarno włosy, ubieram się w czarno-różową bluzę z wrośniętym w kołnierz śladem od podkładu, szerokie dżinsy i równie szerokie, brudne buty. Śmierdzę mieszanką dymu, zapiekanek i kokosowych perfum. Śmierdzę tak, bo żrę i jaram jak smok jednocześnie, choć pod koniec dnia nigdy nie mam fajek. Nie mam ich, bo rozdaję je wszystkim; wszyscy wiedzą, że dostaną ode mnie to, co będą chcieli, byleby tylko pozyskać ich sympatię i uchronić się od odrzucenia czy wręcz agresji w razie odmowy. Mimo wysokich zdolności intelektualnych, średnia moich ocen wynosi dokładnie 2.0 i to tylko dlatego, że moja matka spędza w szkole więcej czasu niż ja, zaś psychiatra dziecięcy postanawia wydać dyrekcji pozytywną opinię na mój temat. Jestem kompletnie pozbawiona ambicji, zaś nauka nie ma dla mnie absolutnie żadnego znaczenia - nie przejmuję się nią kompletnie i z pogardą patrzę na wszystkich, którzy mają odmienne podejście. I tak, kurwa, wszyscy umrzecie. Zestarzejecie się, będziecie srać pod siebie, by na końcu zżarły was korniki. Jesteście niczym.

    Wracam do roku 2020; nie mogę przestać biczować się za swą ówczesną mentalność i idące za nią zachowania. Zdaję sobie sprawę, że była ona wynikiem wielu czynników niezależnych ode mnie, jednak ta świadomość obejmuje wyłącznie rozum, serce nie odpowiada na żadne racjonalne tłumaczenia. Serce ma wciąż 16 lat.

    Partner podaje mi środek przeciwpsychotyczny i szklankę wody. Nie chcę go brać, nic nie jadłam, poza tym akurat tego środka bardzo nie lubię. Nie dostanę tego, co lubię. "Nie wolno Ci".

    Zegar pokazuje drugą w nocy. Zwykle o tej porze śpię razem ze swymi demonami; teraz są zbyt pobudzone, nie dadzą mi zasnąć. Sparaliżują mi ręce, nie pozwolą umyć zębów. Chcę ję umyć - to znak, że  powoli budzę się z psychozy.

    Minęło 14 godzin. Moją ręką kieruje siła znajdująca się poza mną. Ja bym tego nie napisała. Tego nie da się odtworzyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

                                                                        #życiorys Moja świadomość zaczyna się gdzieś w ‘97 roku (a więc w ...