wtorek, 8 września 2020

                                                         #życiorys

Moja świadomość zaczyna się gdzieś w ‘97 roku (a więc w czwartym roku życia), we wciąż jeszcze należącym tylko do mnie pokoju. Jasne, przestronne pomieszczenie wyposażone jedynie w skromną szafkę ze szklanymi drzwiczkami, biały materac i kilka elementów bliżej nieokreślonego przeznaczenia jest świadkiem mych pierwszych spostrzeżeń, uśmiechów i łez; jest pierwszym, co uznaję w pełni za swoje i przed czym nie mam żadnych tajemnic. Odkąd pamiętam, w każdym momencie towarzyszy mi wrażenie, że sufit, podłoga i ściany owej przestrzeni posiadają zmysły identyczne z ludzkimi i że na pewno istnieje jakiś sposób, by wyciągnąć z nich to, co usłyszały i zobaczyły. Moje przekonania prowadzą do tego, że od pierwszych (świadomych) chwil życia tworzę z mym lokum coś w rodzaju paktu o lojalności i wiecznym dochowaniu tajemnicy. Wierzę, że te skromne mury to moi przyjaciele, moi sojusznicy w walce z resztą świata jawiącym się już w mej ledwo zarysowanej, dziecięcej świadomości jako poważne zagrożenie.

Początki swego życia zwykłam obrazować w swym umyśle przez konkretne symbole mające dla mnie wówczas ogromne znaczenie. W ten sposób krótki okres przed narodzinami mojej siostry odtwarzam m.in. za pomocą kilku zabawek - dwóch pluszowych misiów, z czego jeden był sporo większy ode mnie, szary, z żółtymi uszami, drugi zaś - mały, brązowy, z naszytymi na futerko kolorowymi ogrodniczkami i kaszkietem; dwóch lalek - pierwszej, będącej moją bliźniaczką (o dużych, zielonych oczach i bardzo rzadko spotykanych wśród Słowian ciemnych, kręconych, “afrykańskich” włosach) oraz drugiej, wizualnie zupełnie ode mnie odbiegającej - niebieskookiej, łysej, o plastikowej czaszce i pluszowym tułowiu. Te symbole to także wspomnienia, których zachowało się w mojej pamięci naprawdę niewiele: to panika w oczach mamy, gdy lekarka mająca za moment wyciąć mi migdałki próbuje posadzić mnie na fotelu; to tramwaj z fuksjowym wagonem w lalki Barbie, którego widok w drodze z zabiegu wprawia mnie w niebotyczny zachwyt; to pluszowa, różowa pantera, którą dostaję od fotografa robiącego mi zdjęcie do rodzinnego albumu, a którą muszę mu za chwilę oddać, co bardzo mnie rozczarowuje - byłam bowiem pewna, że dostałam ją “na zawsze”.

Nie potrafię stwierdzić, czy na tym etapie egzystencji stało się coś, co było jednym z czynników uformowania się ja będącego w moim wypadku źródłem niewyczerpanego cierpienia. Pierwsze zapamiętane przeze mnie przykre wspomnienia są skutkiem wydarzeń mających miejsce już po narodzinach Eweliny lub niedługo przed nimi; do tego momentu nie jestem w stanie przypomnieć sobie nic. Niezależnie od tego, co stało się przed tymże przełomowym punktem, jestem dziś przekonana co do słuszności teorii o tak zwanej traumie dziedziczonej (słuszności - rzecz jasna - w moim wypadku; nie posiadam żadnych kompetencji, by wypowiadać się na ten temat w szerszym kontekście). Moja opinia ukształtowała się w wyniku długich, głębokich obserwacji i analiz podjętych już w dorosłym wieku, zaś każde kolejne doświadczenie jedynie umacniało mnie na owym stanowisku: nie zaczęło się ode mnie.

Dość wyraźnie pamiętam dzień, w którym rodzice obwieścili mi, że będę miała siostrę. Pamiętam swój pierwszy, poważny bunt i smutek spowodowany zrozumieniem faktu, że za chwilę przestanę być jedyna i stanę się “tym drugim”, starszym dzieckiem i że wszystko, co do tej pory było “moje”, teraz będzie “nasze”; czułam potworną niemoc i złość, którą rozładowywałam na całej rodzinie. Pojawienie się drugiego dziecka traktowałam jako najwyższą obrazę i dowód, że nie jestem już nikomu potrzebna. Taki stan rzeczy utrzymywał się do momentu, w którym mamie nie powiększył się brzuch, a ja nie zorientowałam się, że w jego środku znajduje się istota tak samo czująca, jak ja i będąca produktem więzi tych samych rodziców, tych samych procesów - najpierw psychologicznych, potem fizycznych - kształtujących ostatecznie twór zwany moją rodziną.

W końcu wyimaginowany balon w brzuchu mojej mamy pękł, a na świat przyszła Ewelina. Mój dotychczasowy świat wywrócił się do góry nogami.

                                            #bieżące

    Za każdym razem, kiedy wydaje mi się, że oto nadszedł moment, w którym moja nieskończoną ilość razy burzona konstrukcja zostaje - tym razem nieodwracalnie - odbudowana, zostaję brutalnie zgwałcona, a następnie skatowana żelaznym prętem przez przybierający dowolną postać impuls. Owy impuls, w zależności od aktualnej formy, oddziaływuje najpierw na jeden, potem - rozchodząc się po znienawidzonym ciele - na każdy zmysł, bijąc przy tym coraz mocniej, by na końcu doprowadzić mnie do całkowitego paraliżu na każdym poziomie. Impuls odbiera mi godność, czyni szmatą, nie wartą nawet splunięcia. Impuls prowadzi skalpel po moich udach, następnie kieruje strużkami krwi, pozostawiając mi jedynie przestrzeń na dobór odpowiedniego opatrunku.

    To impuls zawinął mnie wczoraj w koc, pozbawił czucia w ciele i usadowił na skraju kanapy, każąc patrzeć się w jeden punkt, śliniąc się i płacząc przy tym bezwiednie. Impuls kazał mi oglądać wspomnienia z czasów gimnazjum, blokując moją głowę tak, bym nie mogła jej odwrócić. Wspomnienia zawładnęły moim ciałem i duszą, wchodząc poprzez oczy do każdej, najdrobniejszej komórki. Potrafię przemieszczać się w czasie i przestrzeni, potrafię znowu mieć 16 lat i palić kilka papierosów pod rząd na siłę, zajadać swą chroniczną pustkę zapiekankami ze sklepiku szkolnego i dopasowywać swe zachowania do wykreowanej przez siebie postaci, maskującej przechodzący wszelkie granice ból. Znowu mam na twarzy kilkucentymetrową warstwę paskudnego makijażu, na głowie - popalone, pofarbowane na czarno włosy, ubieram się w czarno-różową bluzę z wrośniętym w kołnierz śladem od podkładu, szerokie dżinsy i równie szerokie, brudne buty. Śmierdzę mieszanką dymu, zapiekanek i kokosowych perfum. Śmierdzę tak, bo żrę i jaram jak smok jednocześnie, choć pod koniec dnia nigdy nie mam fajek. Nie mam ich, bo rozdaję je wszystkim; wszyscy wiedzą, że dostaną ode mnie to, co będą chcieli, byleby tylko pozyskać ich sympatię i uchronić się od odrzucenia czy wręcz agresji w razie odmowy. Mimo wysokich zdolności intelektualnych, średnia moich ocen wynosi dokładnie 2.0 i to tylko dlatego, że moja matka spędza w szkole więcej czasu niż ja, zaś psychiatra dziecięcy postanawia wydać dyrekcji pozytywną opinię na mój temat. Jestem kompletnie pozbawiona ambicji, zaś nauka nie ma dla mnie absolutnie żadnego znaczenia - nie przejmuję się nią kompletnie i z pogardą patrzę na wszystkich, którzy mają odmienne podejście. I tak, kurwa, wszyscy umrzecie. Zestarzejecie się, będziecie srać pod siebie, by na końcu zżarły was korniki. Jesteście niczym.

    Wracam do roku 2020; nie mogę przestać biczować się za swą ówczesną mentalność i idące za nią zachowania. Zdaję sobie sprawę, że była ona wynikiem wielu czynników niezależnych ode mnie, jednak ta świadomość obejmuje wyłącznie rozum, serce nie odpowiada na żadne racjonalne tłumaczenia. Serce ma wciąż 16 lat.

    Partner podaje mi środek przeciwpsychotyczny i szklankę wody. Nie chcę go brać, nic nie jadłam, poza tym akurat tego środka bardzo nie lubię. Nie dostanę tego, co lubię. "Nie wolno Ci".

    Zegar pokazuje drugą w nocy. Zwykle o tej porze śpię razem ze swymi demonami; teraz są zbyt pobudzone, nie dadzą mi zasnąć. Sparaliżują mi ręce, nie pozwolą umyć zębów. Chcę ję umyć - to znak, że  powoli budzę się z psychozy.

    Minęło 14 godzin. Moją ręką kieruje siła znajdująca się poza mną. Ja bym tego nie napisała. Tego nie da się odtworzyć.

                                                                        #życiorys Moja świadomość zaczyna się gdzieś w ‘97 roku (a więc w ...