#życiorys
Moja świadomość zaczyna się gdzieś w ‘97 roku (a więc w czwartym roku życia), we wciąż jeszcze należącym tylko do mnie pokoju. Jasne, przestronne pomieszczenie wyposażone jedynie w skromną szafkę ze szklanymi drzwiczkami, biały materac i kilka elementów bliżej nieokreślonego przeznaczenia jest świadkiem mych pierwszych spostrzeżeń, uśmiechów i łez; jest pierwszym, co uznaję w pełni za swoje i przed czym nie mam żadnych tajemnic. Odkąd pamiętam, w każdym momencie towarzyszy mi wrażenie, że sufit, podłoga i ściany owej przestrzeni posiadają zmysły identyczne z ludzkimi i że na pewno istnieje jakiś sposób, by wyciągnąć z nich to, co usłyszały i zobaczyły. Moje przekonania prowadzą do tego, że od pierwszych (świadomych) chwil życia tworzę z mym lokum coś w rodzaju paktu o lojalności i wiecznym dochowaniu tajemnicy. Wierzę, że te skromne mury to moi przyjaciele, moi sojusznicy w walce z resztą świata jawiącym się już w mej ledwo zarysowanej, dziecięcej świadomości jako poważne zagrożenie.
Początki swego życia zwykłam obrazować w swym umyśle przez konkretne symbole mające dla mnie wówczas ogromne znaczenie. W ten sposób krótki okres przed narodzinami mojej siostry odtwarzam m.in. za pomocą kilku zabawek - dwóch pluszowych misiów, z czego jeden był sporo większy ode mnie, szary, z żółtymi uszami, drugi zaś - mały, brązowy, z naszytymi na futerko kolorowymi ogrodniczkami i kaszkietem; dwóch lalek - pierwszej, będącej moją bliźniaczką (o dużych, zielonych oczach i bardzo rzadko spotykanych wśród Słowian ciemnych, kręconych, “afrykańskich” włosach) oraz drugiej, wizualnie zupełnie ode mnie odbiegającej - niebieskookiej, łysej, o plastikowej czaszce i pluszowym tułowiu. Te symbole to także wspomnienia, których zachowało się w mojej pamięci naprawdę niewiele: to panika w oczach mamy, gdy lekarka mająca za moment wyciąć mi migdałki próbuje posadzić mnie na fotelu; to tramwaj z fuksjowym wagonem w lalki Barbie, którego widok w drodze z zabiegu wprawia mnie w niebotyczny zachwyt; to pluszowa, różowa pantera, którą dostaję od fotografa robiącego mi zdjęcie do rodzinnego albumu, a którą muszę mu za chwilę oddać, co bardzo mnie rozczarowuje - byłam bowiem pewna, że dostałam ją “na zawsze”.
Nie potrafię stwierdzić, czy na tym etapie egzystencji stało się coś, co było jednym z czynników uformowania się ja będącego w moim wypadku źródłem niewyczerpanego cierpienia. Pierwsze zapamiętane przeze mnie przykre wspomnienia są skutkiem wydarzeń mających miejsce już po narodzinach Eweliny lub niedługo przed nimi; do tego momentu nie jestem w stanie przypomnieć sobie nic. Niezależnie od tego, co stało się przed tymże przełomowym punktem, jestem dziś przekonana co do słuszności teorii o tak zwanej traumie dziedziczonej (słuszności - rzecz jasna - w moim wypadku; nie posiadam żadnych kompetencji, by wypowiadać się na ten temat w szerszym kontekście). Moja opinia ukształtowała się w wyniku długich, głębokich obserwacji i analiz podjętych już w dorosłym wieku, zaś każde kolejne doświadczenie jedynie umacniało mnie na owym stanowisku: nie zaczęło się ode mnie.
Dość wyraźnie pamiętam dzień, w którym rodzice obwieścili mi, że będę miała siostrę. Pamiętam swój pierwszy, poważny bunt i smutek spowodowany zrozumieniem faktu, że za chwilę przestanę być jedyna i stanę się “tym drugim”, starszym dzieckiem i że wszystko, co do tej pory było “moje”, teraz będzie “nasze”; czułam potworną niemoc i złość, którą rozładowywałam na całej rodzinie. Pojawienie się drugiego dziecka traktowałam jako najwyższą obrazę i dowód, że nie jestem już nikomu potrzebna. Taki stan rzeczy utrzymywał się do momentu, w którym mamie nie powiększył się brzuch, a ja nie zorientowałam się, że w jego środku znajduje się istota tak samo czująca, jak ja i będąca produktem więzi tych samych rodziców, tych samych procesów - najpierw psychologicznych, potem fizycznych - kształtujących ostatecznie twór zwany moją rodziną.
W końcu wyimaginowany balon w brzuchu mojej mamy pękł, a na świat przyszła Ewelina. Mój dotychczasowy świat wywrócił się do góry nogami.